Krótki film ślubny – Historia w trzech wymiarach

Uwielbiamy kompleksowe usługi – od A do Z! Nie tylko pozwalają na sukcesywne zmniejszanie dystansu między Parą zakochanych, a nami – duetem domorosłych artystów, ale przede wszystkim skutkują powstaniem trójwymiarowego filmu ślubnego.

Podróż między wymiarami ciężko zaliczać do najłatwiejszych zadań. Przejście w nadświetlną wymaga nieskazitelnego stanu technicznego pojazdu, a więc i szczegółowego jego badania. Pierwszy próg zwalniający rychło spowodował luzy w zawieszeniu pojazdu, drugi zaś całkowicie je oddzielił od reszty pojazdu. Decyzja była szybka, prosta i w promieniu 50 metrów. Jedziemy najbardziej wysłużonym PiKwadratowozem – Passatello zawiozło nas jak dotąd wszędzie, zawiozło też do Maćka!

Pomimo deszczowych warunków powitanie było ciepłe. Niewątpliwym plusem sesji narzeczeńskiej jest atmosfera, jaką zastaje się przy kolejnych spotkaniach. Wspólne zdjęcia mocno budują i rozgrzewają wzajemne relacje. A skoro znaliśmy się dobrze, to przeszliśmy do rozluźniania i dokumentowania akcji.

Osobiście w reportażu lubię łapać chwile, urywki sytuacji, które są w pewien sposób dla tego dnia kluczowe – chyba stąd uwielbienie spowolnionego tempa, które pozwala najbardziej ulotnym chwilom potrwać odrobinę dłużej. A wszystko po to, ażeby podkreślić w późniejszym etapie radość, szał i dynamiczną energię wesela!

Zazwyczaj w koncepcie filmu zagadką jest jego zakończenie – problem wszak znika, kiedy nasza relacja ląduje w poślubnym trzecim wymiarze, czyli sesji plenerowej. Pałac w Radziejowicach był dla nas zdecydowanie mniejszym wyzwaniem niż pokazują to w telewizji – być może pomógł brak stresującej nas pani Rozenek. W naszym przypadku obyło się bez znajomości savoir-vivre, butów na obcasie (ze skromny wyjątkiem) i perłowego naszyjnika. O białej rękawiczce nie myśleliśmy w ogóle.

Zaczęliśmy od niewinnego spaceru po parku. Ręka w rękę, stopa w stopę i kadr za kadrem. Zaczęliśmy intensywnie, żeby dwa kwadranse później w słonecznym blasku uchwycić ostatnie miłosne kontemplacje. A te bardzo lubię – objęcia, spojrzenia, stópki, czółka i słoneczne akcenty – zakończenie filmu jak malowane! Mówiąc o malowaniu nie sposób nie uratować honoru naszego Citroena Picasso, które po licznych diagnozach, dializach i rehabilitacjach przetransportowało nas w ten ostatni poślubny wymiar.

Podobno wszystko dobre co się dobrze kończy – brzmi to jak gwarancja udanego seansu, zakończenie wszak jest pozytywne! Zjedźcie więc proszę na pobocze, sprawdźcie oleje, zapnijcie pasy i ruszcie z nami w tę krótką, trójwymiarową podróż!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *