Sesja narzeczeńska – Patologia na Ostrowie Tumskim

Pierwsze spotkanie w towarzystwie aparatu bywa krępujące dla obu stron – może nawet stresujące. Dwie niemal obce sobie strony nagle mają stworzyć coś wiekopomnego, kreatywnego, estetycznie powabnego lub przynajmniej dającego się powiesić na ścianie. Nie lada wyzwanie.

Wyjątkowe sesje od udanych sesji dzieli bardzo ulotna, ale natychmiast wyczuwalna przyprawa – nazwijmy ją pierwiastkiem szaleństwa. Jeśli fotograf i osoby fotografowane dobrze się rozumieją, ten pierwiastek pojawia się samoistnie i ubarwia nie tylko zdjęcia, ale i to, co dzieje się między nimi. Następuje ogólne rozluźnienie mięśni i obyczajów, sesja zaczyna żyć własnym życiem, dziwne pomysły nie są dyskutowane tylko od razu przechodzą do realizacji.

Tak było i tego słonecznego dnia. Przybyłem na sesję ze zwyczajowym stresem pt. “co to będzie? co to będzie?”, Sebastian przyniósł swoją rzekomą niechęć do bycia fotografowanym, a Gosia uznała, że cokolwiek by się nie działo, to zgadza się na wszystko. Po kilku minutach wiadomo już było, że jej wytrzymałość zostanie poddana ciężkiej próbie. Zaczęliśmy od niewinnej bitwy na balony, później tańczyliśmy na środku ulicy, sprawdzaliśmy użyteczność zapaśniczych ciosów, włamywaliśmy się do katedry, wspinaliśmy na przęsło mostu, odtwarzaliśmy renesansowy fresk Michała Anioła, a zakończyliśmy zupełnie niewinnym podduszaniem. Przez cały ten czas gęby nam się nie zamykały, ploty goniły ploty, prześcigaliśmy się na mrożące krew w żyłach historie z pracy i planowaliśmy, jak to wszystko przebić podczas kolejnej sesji.

Czy taki przebieg wydarzeń daje się przewidzieć zawczasu? Mogłem się domyślać, że coś jest na rzeczy, gdy Panna Młoda sugerowała zapisanie jej w kontaktach jako “Patologiczną”, ale przewidzieć cokolwiek nie sposób. Współpraca przy reportażu i przy sesjach opiera się w dużej mierze na wzajemnym zaufaniu i otwartości – te z kolei przekładają się na większą naturalność, przez co zdjęcia nie wyglądają na pozowane, a raczej na złapane niemal przypadkiem. Tak, że fotograf może potem powiedzieć “No tak, przechodziłem sobie koło krzaków i widzę jak facet dusi facetkę, no to pstryknąłem parę zdjęć. W zasadzie samo wyszło”. I oby wychodziło jak najczęściej.

 

One thought on “Sesja narzeczeńska – Patologia na Ostrowie Tumskim

  1. Cóż. ..trudno przebić fotografa w opowieści tego co się dzialo.
    Jedno jest pewne…trza mieć to coś w sobie, tą umiejętność obudzenia czy wykrzesania z czlowieka pewnych daleko ukrytych nazwijmy to talentów, żeby z Patologicznej i jej męża wydobyć tak szeroki wachlarz pomysłów . Pikwadrat znany nam jako Piotrek z całą pewnością ma te umiejętność!!!!
    Aż strach pomyśleć co będzie działo się przy następnej okazji… I aż nie mogę się doczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *