Złota polska jesień to nie mit. Każdego roku mniej więcej dwa dni zdają się to potwierdzać.
Gdy liście na drzewach osiągają wszystkie odcienie dyni, a słońce łaskawie wychodzi z ukrycia – fotografowie z całego świata opuszczają swoje jaskinie, by skorzystać z unikatowego zjawiska przyrody. Tak też było i w moim przypadku, gdy pewnego jesiennego dnia zabrałem rodzinę na spacer po okolicznym lesie.
Nie była to moja rodzina i w zasadzie to nie ja zabrałem, tylko zostałem zabrany – ale efekt jest ten sam. Powstała kolekcja zdjęć świadczących o tym, że choć październik bywa kapryśny, to czasem daje nam krótkie okienka sprzyjające sesjom, również rodzinnym.

Plan działania: nie nachodzić się
Być może podpada to pod lenistwo, ale lubię sesje zwarte i zwięzłe. Mniej chodzenia, więcej focenia to moje motto i sprawdza się już od blisko 19 lat.
Plan zakłada więc spotkanie w takim miejscu, z którego niewielkim kosztem krokowym – powiedzmy w zasięgu kilkuset metrów – możemy łatwo zmienić otoczenie, klimat i znaleźć różnorodne widoki. Podczas sesji Justyny i Mikołaja. Spotkaliśmy się w ich ogrodzie, skąd ruszyliśmy do lasu… po drugiej stronie ulicy.


Własne podwórko to coś magicznego. Znamy je jak własną kieszeń. Kojarzy nam się z chwilami przyjemnymi, relaksem i swobodą. Gdy jednak spojrzy na nie ktoś z zewnątrz – może w nim znaleźć magię. I rzucić nowe światło na kąty, które widzimy każdego dnia.



Polecam więc Waszej uwadze prosty eksperyment. Spójrzcie na swój ogród, patio czy nawet balkon z nowej perspektywy. Poszukajcie promieni słońca, padających przez balustradę. Znajdźcie tła, ramki i zaułki, które mogą stać się zalążkiem zdjęcia.
Chociaż nie, wybaczcie. To akurat moje zadanie! Wy skupcie się na sobie – niech fotograf robi to, co fotograficzne.

Gdy już sprawdziliśmy światło na tarasie, uciekliśmy dosłownie trzy metry dalej. Pielęgnowane przez Justynę rośliny były tak inspirujące, że nawet konkurencja rzuciła się do pracy!

Oczywiście Wy jesteście najważniejsi, ale niecodzienne tło potrafi cudownie tę ważność podkreślić. Nadal nie wiem, jak nazywa się ta roślina z dziwnym listowiem. Ale już zawsze kojarzyć będę ją z tym małym fragmentem sesji – i stresowaniem się o to, by nie podeptać jej podczas poszukiwania optymalnej pozycji.
* Jak dowiedziałem się z pewnego źródła – od samej Justyny! – roślina to Miskant Memory. Symbolizuje trwałość, elegancję i wspomnienia – wszystko jak najbardziej w klimacie naszej sesji!


Hop na drugi brzeg
Wszędzie dobrze i w domu pewnie najlepiej, ale szukamy przecież zmienności. Ruszliśmy w głuszę.

Las sam z siebie jest bardzo różnorodny, łatwo więc znaleźliśmy w nim odmienne „plany”. Nie chciałbym tu brzmieć jak ekipa realizacyjna w filmowym studio. To poszukiwanie to po prostu spacer: spokojny i naturalny, ale i czujny. Gdy coś zauważę – przystajemy na chwilę, słychać uruchamianą migawkę, może czasem lekką sugestię w stylu „zobaczcie, czy pod tamtym krzakiem nie będzie się dobrze stało”. Potrafię ustawiać osoby do zdjęcia, ale staram się to robić rzadko. Ufam, że pozostawieni samym sobie ludzie znajdą naturalną dla siebie pozycję. Że skupią się na sobie nawzajem, na otoczeniu, na samolocie przelatującym nad głową czy drwalu popierdującym w pobliskim zagajniku. W najgorszym razie na grzybiarzach, szeleszczących foliowymi siatkami.
I w tych momentach rozkojarzenia powstaje znaczna większość zdjęć, które potem otrzymacie jako efekt finalny naszego spotkania. Gdy znika garda, a pojawia się spontaniczność. I gdy nie skupiacie się na tym, że ktoś w krzakach czai się z aparatem.



Rodzina rozszerzona
Jak widzicie, niniejsza sesja to trochę sesja ślubna – stąd suknia i garnitur – ale z „gościem”.
Sesja, niezależnie od okazji, jest przede wszystkim dla Was. Jeśli macie ochotę skupić się na sobie – tak zrobimy. Jeśli chcecie dołączyć do sesji potomstwo, ukochanego zwierzaka lub zaprzyjaźnionego sąsiada – klisza jest cierpliwa. W większym gronie łatwiej będzie zapomnieć o towarzystwie fotografa, z kolei w dwójkę łatwiej skupić się na sobie: na emocjach, małych gestach i bliskości.


Spacerować i podróżować możemy w dowolnym składzie, a w określonych momentach skupić się nie na całej trójce czy grupie, tylko zwrócić obiektyw na Was.
Zróbmy to teraz.





Jesień bywa trudna pod względem pogody, ale błękitne niebo i dodatnie temperatury nie są niezbędne do zdjęć.
Zaledwie wczoraj fotografowałem inną Parę przy zaledwie 7 stopniach Celsjusza. Wymagało to zawziętości po drugiej stronie aparatu – ja skrywałem się bezpiecznie za kurtką i rękawiczkami – ale działaliśmy na tyle szybko i sprawnie, że po 50 minutach prawie nie było widać zaczerwienionych uszu i dłoni. Na rozgrzewkę zastosowaliśmy terapię z lekkiej wspinaczki pod górkę czy tanecznych figur – rezultat był ze wszech miar koszerny.


Jesienny poradnik fotograficzno-podróżniczy
Jeśli pogoda odmawia współpracy, jesienną sesję można ciachnąć np. w Palmiarni, na własnej, osobistej kanapie lub na tle równie osobistej ściany. Naturalnie służę pomocnym słowem, anegdotą i niecodziennymi pomysłami – mamy wszak tworzyć razem rzeczy pięknie ponadczasowe i unikatowo Wasze. Na styku Waszych zainteresowań, wrażliwości i nietypowych miejsc, do których macie tajemny dostęp zawsze da się znaleźć coś wartego uwiecznienia.
A sesja rodzinna w pobliżu rodzinnego domu jest jedną z pamiątek, które nigdy się nie zestarzeją.




Sezonowe ostatki, czyli właśnie te jesienne śluby i listopadowe sesje, to momenty dość szczególne. Za mną intensywny okres fotograficznych projektów i licznych wyjazdów, przede mną sen zimowy. Przyjemna, pełna niewymuszonych emocji i spontanicznych gestów sesja to piękne zwieńczenie kolejnego roku.
Dziękuję Wam za ten krótki, wspólny spacer po podpoznańskim lesie – wkrótce zabiorę Was nieco dalej. Teraz wybaczcie, czas na moje zasłużone pumpkin spice latte.
Do przeczytania… i do zobaczenia!

