fbpx

Klif Riczard

Klif Riczard

Realizując każdego roku kilkadziesiąt sesji – od rodzinnych i narzeczeńskich, aż po ślubne i wizerunkowe – stajemy przed nie lada wyzwaniem. Gdzie iść? Jak żyć? Staramy się raczej szukać rozwiązań nowych, świeżych i unikatowych, aniżeli kroczyć po własnych śladach. W każdej Parze da się znaleźć charakterystyczny element, który może posłużyć za inspirację. Czasami jest to domowe zwierzę, czasem hobby, a czasem ulubione miejsce weekendowych odysei. Czasem jednak dyskusja lub rozmaite czynniki czasowo-przestrzenne prowadzą nas do miejsc wcześniej odwiedzonych. I choć pojawia się w nas wtedy lekki opór – wszak jest tyle świata do odkrycia! – to często takie powroty owocują w sposób zupełnie zaskakujący.

Pod względem częstych powrotów faworytem wśród naszych Par jest Klif Orłowski. W ostatnich pięciu latach zrealizowaliśmy tu aż sześć sesji i nie żałujemy żadnej z nich. Orłowo jest niekwestionowanym rekordzistą sesji wyjazdowych – częściej odwiedzamy tylko Poznań. Rzecz jasna prościej i szybciej jest pracować na własnym podwórku. Czym jednak byłoby życie bez odrobiny jodu?

Co takiego jest w tym klifie, że ciągnie tam Trójmieszczan, turystów i nowożeńców z całej Polski? Jest to z pewnością jeden z bardziej widowiskowych terenów nadmorskich w naszym kraju – to wie każdy. Na co jednak zwraca uwagę fotograf? Choćby na to, że okolice klifu są bardzo, bardzo różnorodne i podczas relatywnie krótkiej sesji można zwiedzić kilka zupełnie odmiennych miejsc i klimatów. Stylowe molo. Plaża klasycznie piaszczysta. Wyraźnie używane rybackie kutry. Sugerujący morskie niebezpieczeństwo kamienny falochron. Subtropikalny las liściasty. Klif jako nadmorska ściana. Klif jako punkt widokowy. A na deser: opuszczony ośrodek wczasowy z wszędobylskim potłuczonym szkłem, wulgarnym graffiti i panoramicznym widokiem na Zatokę Gdańską. Wszystko to na odcinku krótszym niż 600 metrów. Z fotograficznego punktu widzenia – raj na ziemi. A jak ten raj wygląda w praktyce? Niech przemówią zdjęcia i historie!

W poszukiwaniu graffiti

Sześć długich lat temu Patrycja i Michał zaprosili nas do Gdyni na sesję i kanapki w Contraście. Zrobiliśmy więc trochę sztuki na klifie, zaliczyliśmy spontaniczny wstęp do morza, zwiedzaliśmy opuszczony ośrodek wypoczynkowy i już mieliśmy cieszyć się z dobrze wykonanego zadania, gdy padł pomysł. “Zjemy i pójdziemy kawałeczek po jedno zdjęcie – tu zaraz obok na murku jest uroczy rysunek. 3 minuty i koniec”. Naiwni i nieopierzeni zaufaliśmy entuzjazmowi naszej Pary i ruszyliśmy. Spacer zabrał nas niemal spowrotem na klif. Rysunek znaleźliśmy na samym końcu promenady i to na sam koniec dnia – gdy powstało ostatnie zdjęcie było już po zachodzie słońca.  Na kolejne sesje zabieraliśmy rowery. Nigdy nie wróciliśmy do tego rysunku. Natomiast kanapeczki: przepyszne, bardzo polecamy.


Dyskretna sztuka gubienia garnituru

Pogoda, choroba i nawet kłótnie rodzinne krzyżowały nam w przeszłości plany sesyjne. Jednak nigdy wcześniej – ani później – nie zdarzyło nam się niemal odwołać sesji z powodu… braku garnituru. Byliśmy już w hotelu na Kamiennej Górze gdy zadzwoniła Marta. Garnitur niezbędny do sesji został w domu, odległym o 300km. Nie chciałbym być tego dnia w skórze Mateusza – odniosłem wrażenie, że garnitur był pod jego pieczą. Za sprawą jakiejś czarnej magii kilkanaście godzin później sesja ruszyła jednak pełną parą. Garnitur był na właściwym sobie miejscu, czyli na Mateuszu. Ta mała nieprzygoda okazała się jednak zupełnie nieistotna – albo nasze zdjęcia mają cudowną zdolność cementowania związków – bo blisko pięć lat później Marta i Mateusz są nadal ze sobą, a o całej historii z garniturem pamięta tylko fotograf… i miliony czytelników bloga.


M&M

Rzadko kiedy spotyka się Parę, która od pierwszego ujęcia wie, jak odnaleźć się na sesji, wypełnić sobą kadr i ozdobić go szczyptą magii. Nie wiem, czy to kwestia wcześniejszego treningu w domu, czy raczej naturalnej łatwości w występowaniu przed aparatem. Sesja poszła jak burza i posągowa uroda Martyny i Macieja została utrwalona może nie w skale, ale w morskiej bryzie. Legenda głosi, że jeśli wsłuchać się w szum morza to nadal słychać mój podniecony głos, piszczący na widok najdłuższego welonu jaki dotychczas widziałem.


Miłość jak sport

Dobrym przykładem sesji ze zmianą ubioru w trakcie jest nasze spotkanie z Martą i Andrzejem. Zaczęliśmy sesję w stylu smart casual, w koszuli i gustownej kiecy, a zakończyliśmy w strojach jednoznacznie sportowych. Z jednej strony mamy więc zakochaną w sobie Parę na romantycznym nadmorskim spacerze, a z drugiej dwójkę sportowców, wspólnie trenujących i dopingujących się nawzajem w tym sporcie zwanym miłością. Pobliski Park Kolibki posłużył nam za przestrzeń treningową i chociaż sam nie brałem udziału w aktywnościach, to udało mi się zrobić całkiem dobrą rozgrzewkę – nigdy wcześniej nie musiałem nadążać za parą triathlonistów!


W oparach magnezji

Wróciliśmy do Orłowa po dwuletniej przerwie. Morze nadal wyglądało podobnie, ale już na sesji działy się rzeczy zupełnie nowe. Wspinaczka po ścianach zdezelowanego ośrodka wczasowego, piłka nożna i taniec na panoramicznym tarasie, a na koniec figurowe selfie na tle wieczornego nieba. W międzyczasie byliśmy romantyczni, daliśmy się oblatywać mewom i rybitwom i obserwowaliśmy jak wiatr bawi się welonem. Na wieść o naszym przyjeździe na plaży pojawiły się zaś meduzy, których nie widziałem od lat młodości – 30 lat później boję się ich tak samo, jak wtedy. Agnieszki i Jakuba nie boję się (prawie) wcale.


Optymalne tempo

Gdy pojawiłem się w Gdyni by po raz szósty uwiecznić miłość na klifie myślałem, że widziałem już wszystko. Byłem już nawet pod słynnym Maximem – Orłowo nie miało przede mną żadnych tajemnic czy ukrytych kątów. A tu zza rogu wyłaniają się Marysia i Tomek, cali w skowronkach i niemal cali na biało, a wraz z nimi SZKLARNIA! I to szklarnia niebylejaka, bo zniszczona, zapuszczona i częściowo przejęta przez naturę. Wystarczyło odejść kilkaset metrów od starego, dobrego molo i nagle jakbym odkrył cały ten fyrtel na nowo! Możecie zrozumieć mój enzuzjazm, kiedy przybywając do Gdyni niemal cyklicznie – zawodowo i prywatnie – moim oczom nagle ukazało się miejsce nieznane i na wskroś ekscytujące. Wracałem do domu z poczuciem podwójnej satysfakcji: eksploracyjnej i zawodowej.


Można chyba powiedzieć, że każda z powyższych sesji ma swój indywidualny i niepodobny do innych smak. Że udało się na każdej z nich powiedzieć coś nowego. Że znaleźliśmy nowe miejsca i ujarzmiliśmy je. Że niestraszna nam była pogoda, dystans i klifowa wspinaczka. Że żadna mewa nie została skrzywdzona w trakcie zdjęć. Że daliśmy radę.

Czy więc ten cały wywód miał znaczyć, że warto wracać do miejsc znanych i sprawdzonych? I tak i nie. Poszukiwania nowości i eksploracja nieznanego to nadal nasz chleb powszedni – bez nich stalibyśmy w miejscu. Niezaprzeczalnie orłowski klif to miejsce magiczne, różnorodne i szalenie fotogeniczne, niezależnie od pogody. Można wręcz stwierdzić, że im mroczniej i bliżej sztormu tym lepiej dla zdjęć. Gdybym więc miał gdzieś wracać, to nie na poznańską starówkę czy do najpiękniejszych nawet parków. Chciałbym wracać do Gdyni. Sesja, burrito w Tako, na drogę pizza Gdynianka i wracam do Poznania jako fotograf zmęczony, acz szczęśliwy. I już zacieram rączki na myśl o kolejnym powrocie.

Może tym razem z Wami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *